Z baśni 1001 nocy

Artur Morawiec, Tomasz Marszałek, Joanna Mańka, Anna Liwyj


- Panie Wiesiu, polej no pan!
Z tyłu autobusu dochodziły odgłosy imprezy urządzonej przez grupę handlarzy. Większość podróżnych jechała do Istambułu po towar dla swoich straganów i hurtowni. Niektórzy tylko, tak jak my, jechali po przygodę.
Naszym celem był Egipt - ziemia faraonów, kraina Nilu. Chcieliśmy dotrzeć tam lądem i morzem, pokonując statkiem krótki odcinek z Aqaby w Jordanii do Nuweiby w Egipcie.
W Istambule znaleźliśmy dość tanią linię autobusową i wyjechaliśmy do Aleppo w północnej Syrii. Po kilkunastu godzinach jazdy stanęliśmy na granicy. Kilometry drutu kolczastego, bunkry, żołnierze.
- Turyści? - pyta zdziwiony syryjski oficer. - A dokąd chcecie pojechać potem?
- Do Jordanii i Egiptu - odpowiadamy zgodnie z prawdą.
- A nie jedziecie przypadkiem do Jerozolimy? Energicznie kiwamy głowami, co chyba przekonało żołnierza. Wbija pieczątkę do paszportu i każe jechać.

Przed nami Syria, biedny kraj, rządzony twardą ręką przez prezydenta Assada, uwielbianego, przynajmniej oficjalnie przez naród. Twarz prezydenta towarzyszy nam wszędzie: na każdej wystawie sklepowej, w autobusie, w hotelu. Spoglądała na nas z portretów uśmiechając się wyrozumiale bądź patrzyła groźnym wzrokiem w dal. Portret zawsze otoczony deklaracjami lojalności obywateli. Czasem nad drogą wiszą girlandy z serc, spośród których wyłania się sylwetka prezydenta w garniturze bądź w mundurze.

Dwie godziny po odprawie granicznej dojechaliśmy do Aleppo - drugiego co do wielkości miasta w Syrii. Pokoje w hotelu były czyste, z łazienkami, balkonami, wiatraczkami i szerokimi, wygodnymi łóżkami.
Ruszamy w miasto. Zadziwia duża liczba rosyjskich napisów na witrynach sklepów, hurtowni i fabryk. Na ulicy też czasem można było usłyszeć rosyjską mowę.
Następnego dnia ruszamy do Tartus - starożytnego miasta nad brzegiem Morza Śródziemnego. Wybraliśmy, już tradycyjnie, tanią linię autobusową. Autobus okazał się starym, warkoczącym gruchotem. Udało się nam wcisnąć do środka i zająć miejsca siedzące z przodu. Wygodnie nie było: twardo, ciasno, duszno od kłębów papierosowego dymu. Podróżowały całe rodziny z ogromnymi bagażami. Autobus czasami osiągał prędkość 40 km/h, ale jechał. Nagle kierowca autobusu zaczął szczekać. Wychylał się przez okno i oszczekiwał samochody blokujące ruch. W ten oryginalny sposób dawał wyraz swojej frustracji. Szybko wyciągnęliśmy kamerę i uwieczniliśmy kierowcę. To pobudziło go do jeszcze głośniejszego i zajadłego szczekania.
Tartus jest drugim po Latakii portem Syrii. Nie sprawia raczej dobrego wrażenia. Brudny - nawet jak na standardy arabskie. Plaża pełna różnego typu odpadków, folii, opakowań i innych śmieci nie zachęca ani do morskich kąpieli, ani do opalania się. Zobaczyliśmy szybko to co było do zobaczenia i ruszyliśmy na wschód. Zwiedziliśmy Crac des Chevaliers - potężną twierdzę krzyżowców - a następnie dotarliśmy do Palmiry. Jest to mała miejscowość położona przy oazie na Pustyni Syryjskiej, znana z bardzo dobrze zachowanych, rozległych ruin starożytnego miasta.

Spacerując po mieście zobaczyliśmy samochód ze znakami ONZ i polskimi żołnierzami w środku. Chłopcy odbywali służbę w kontyngencie sił międzynarodowych stacjonujących na syryjsko-izraelskiej granicy. W Palmirze byli na zorganizowanej przez ich dowództwo wycieczce. Po radosnym powitaniu postanowiliśmy wybrać się razem do jednej z otaczających Palmirę wiosek. Akurat trwało tam wesele.

Beduini prowadzą koczowniczy tryb życia. Przemierzają wraz ze stadami wielbłądów pustynię w poszukiwaniu wody i żywności, za dom mając jedynie namioty.
Popijając arak podziwialiśmy trzy beduińskie tancerki. Koran zabrania muzułmanom picia alkoholu, dolewają więc do araku wody. Alkohol zmienia wtedy barwę z przezroczystej na białą. - Allah myśli, że pijemy mleko - wyjaśniają Arabowie.
Orkiestra weselna składała się z trójki miejscowych muzyków, którzy wydobywali ze swych instrumentów egzotycznie brzmiące dźwięki. Największy podziw wzbudzał Beduin grający na instrumencie zrobionym z puszki "Shella", przymocowanego do niej patyka i kilku strun. Grał pięknie.
Po kilku godzinach podróży autobusem docieramy do Damaszku. W samej nazwie miasta jest powiew orientu. Damaszek jest taki, jak sobie wyobrażaliśmy. Atmosferę miasta można chłonąć w wąskich uliczkach Starego Miasta, wśród straganów, sklepików i zwykłych arabskich domów. Jedynie wieczorem, gdy zapalają się tysiące kolorowych i migających neonów, miasto traci nieco na swym uroku.

W Damaszku rozpoczęły się nasze problemy wizowe. Ambasada Królestwa Jordanii odmówiła nam szybkiego wydania wiz i kazała czekać 6 tygodni. Byliśmy zaskoczeni. Rok wcześniej Polacy dostawali w Damaszku wizę od ręki. Stanęliśmy przed wyborem: zrezygnować z dalszej podróży lub dostać się do Egiptu samolotem. Zdecydowaliśmy się kupić bilety, co na Bliskim Wschodzie nie jest takie proste. Sprzedawano nam bilety na samolot, w którym nie było wolnych miejsc lub na lot, którego nie było. Wszystko jednak skończyło się pomyślnie. Pozostało nam tylko wsiąść do samolotu, który miał nas zabrać do Egiptu, gdzie czekała na nas nowa przygoda.