Zapomniane królestwo

Obudził mnie chłód poranka. Słońce dopiero się budziło, pierwsze promienie rozświetlały niebo daleko na wschodzie. Za godzinę będzie już bardzo gorąco, a w południe trudno będzie znaleźć odrobinę cienia przed żarem płynącym pionowo prosto z nieba. Słyszę już moich sąsiadów z lokandy. To Sudańczycy, Arabowie z północno – wschodniej części kraju, sami mężczyźni. Część z nich ostro protestowała, kiedy pojawiłam się tu wczoraj i poprosiłam o nocleg. Uratował mnie właściciel, małomówny, ale sympatyczny. Nic sobie nie robiąc z ich niezadowolenia, pokazał mi lokandę.
Podobnie jak w każdej innej jej najważniejszą częścią był wewnętrzny dziedziniec, na którym ustawione były łóżka. W czasie pory suchej wszyscy śpią na świeżym powietrzu, tylko w czasie rzadkich w tym klimacie deszczów chowają się do pokoi. W pierwszą noc spałam w pokoju, który w naszym rozumieniu tego słowa, przypominał go jedynie dwiema ustawionymi pod obdrapaną ścianą pryczami. W drugą właściciel przegonił wszystkich mężczyzn na drugą stronę budynku, na wewnętrzny dziedziniec, a ja mogłam spać na zewnątrz. To naprawdę niesamowite uczucie zasypiać pod rozgwieżdżonym niebem Afryki, krok od Sahary. Wydaje się, że gwiazdy są tak blisko nas w ilości, która jest bliska nieskończoności. Wystarczy tylko sięgnąć ręką…
Pora wstawać. Idę do toalety. Po powrocie czeka już na mnie wiadro z wodą do mycia. To właściciel, który pomaga mi przetrwać w nieprzychylnym towarzystwie. To miłe, ale jest tu tak brudno, że chyba długo nie wytrzymam. Nie ma tu też bieżącej wody ani elektryczności. Ale miałam do wyboru „to” za 1$ albo nocleg w hotelu, gdzie najtańszy pokój kosztował 30$ za noc. Rekompensuję to sobie kolacjami (pół kurczaka z frytkami, sałatką i wodą kosztuje aż 3$!) na tarasie z widokiem na Nil w owym „luksusowym” hotelu. Takie wybory czekają każdego w Shendi, ok. 100 km na północ od Chartumu, niedaleko miejsca gdzie niegdyś powstało Królestwo Meroe.
Jem szybko śniadanie i idę na dworzec. Tu wsiadam do na wpół zapełnionego miejscowymi mieszkańcami busiku jadącego do Kabushiyi i po kilku minutach ruszamy w drogę. Ta część podróży minęła dość szybko. W Kabushiya jest targ, mnóstwo ludzi, zwierząt, „parking” dla wielbłądów i dużo mniejszy „parking” dla samochodów. Udaję się w kierunku tego ostatniego, pytam czy ktoś jedzie w stronę Meroe. Ponieważ nikt za bardzo nie rozumie o co mi chodzi wyjmuję z plecaka ulotkę ze zdjęciami i pokazuję gdzie chcę dotrzeć. Ktoś bierze mnie za rękę i prowadzi do odpowiedniego pickupa, przystosowanego do przewozu ludzi i zwierząt. W Afryce już tak jest – w całym bałaganie i wrzasku dworców i targów trzeba umieć zaufać komuś, kto znajdzie dla Ciebie to, czego szukasz albo to, co myśli, że szukasz. Niejeden raz się udaje, innym razem wycieczkę trzeba powtórzyć.
Następuje długie czekanie… Kiedy wsiadłam do samochodu były już dwie osoby, po chwili jednak wyszły i zostałam sama. Po pewnym czasie znowu przyszły kolejne kobiety, zostawiły swoje tobołki i poszły. Po jakimś czasie i ja poszłam przejść się po targu. Słońce było już wysoko i grzało niemiłosiernie. Wszyscy starali się kryć pod słomianymi wiatami. Z dwóch butelek wody, które wzięłam ze sobą została tylko jedna. W końcu po około dwóch godzinach wyruszyliśmy zapakowani do granic możliwości. Tysiące tobołków, mniejszych, większych, worki ze zbożem, jakaś koza, kury, ktoś przewozi akumulator.
Jedziemy piaszczystą drogą, wzdłuż rosną krzaki, dzięki którym piach nie zawiewa drogi. Coraz rzadziej widać zabudowania… po kilku kilometrach kierowca zatrzymuje się i patrzy wymownie na mnie. Znak, że powinnam wysiąść. Ale wokół NIC nie ma… tylko piasek po horyzont… najmniejszej wypukłości, żadnego drzewa…
Zaczyna się dyskusja w samochodzie. W końcu ruszamy dalej, po kilku minutach kierowca ponownie zatrzymuje się i znowu patrzy wymownie. Znowu wyjmuję ulotkę i pokazuję. W końcu ktoś wychodzi ze mną, rysuje na drodze mapę i tłumaczy którędy iść. Nie jest to zbyt skomplikowane bo każe mi iść prosto aż dojdę do drogi a stamtąd już wszystko będę widzieć. Tyle tylko, że tej drogi nie widać z miejsca, w którym stoimy, a wokół jest pustynia. Łyk wody, która zrobiła się już ciepła, zakładam plecak, a samochód odjeżdża. Jeszcze chwila zastanowienia czy nie wrócić. Jednak prawdopodobieństwo, że coś będzie jechało o tej porze w drugą stronę na targ jest niewielkie. Ruszam więc na pustynię.

Idę już około pół godziny, wokół płasko po horyzont, nie ma żadnych piramid, nie ma nic, na czym można zawiesić wzrok. Woda staje się coraz bardziej ciepła. Piję wolno, po łyku co kilkanaście metrów, żeby wystarczyło zanim dotrę do ruin królestwa. Po kolejnych minutach moim oczom ukazują się pierwsze piramidy. Tyle, że w niczym nie przypominają tych z ulotki. Są niewielkie i bardzo zniszczone, otoczone ogrodzeniem z drutu kolczastego. Powinien być ktoś, kto sprawdzi mi pozwolenie na zwiedzanie, wtedy na pewno miałby wodę i poczęstowałby mnie.
W Sudanie woda jest na wagę złota. Używa się jej oszczędnie. W autobusach woda jest obowiązkowa. Pomocnik kierowcy, oprócz zajmowania się sprzedażą biletów, jest odpowiedzialny również za dostarczenie świeżej, zimnej wody i rozdawanie jej podróżującym. Gdziekolwiek w Sudanie nie wejdzie się najpierw częstuje się przybysza wodą, dopiero potem można przejść do załatwiania swoich spraw.
Niestety, w tym miejscu tylko jakaś zbłąkana koza obgryza liście akacji. Nie chce mi się szukać wejścia, przez dziurę w ogrodzeniu przedostaję się do środka. Siadam pod jedną ze ścian piramidy, tą najbardziej zacienioną, muszę się niemal do niej przykleić żeby nie czuć palących promieni słońca. Jest 11 a słońce jest niemal pionowo nade mną. Powietrze drga z gorąca. Mam coraz mniej wody, a nadal nie znalazłam wielkiej nekropolii królów. No cóż, trzeba ruszać dalej bo inaczej słońce wysuszy mnie na wiór. Teren robi się bardziej nierówny. Po kilku metrach widzę wreszcie piramidy. Z drugiej strony w oddali widzę jakieś chaty. Z trzeciej nadjeżdża chłopiec na osiołku. Wspaniałomyślnie ofiarowuje mi podwiezienie na swoim osiołku, ale odmawiam. Mimo zmęczenia nie wyobrażam sobie siebie na grzbiecie tego zwierzątka. Chłopiec proponuje z kolei, że weźmie mój plecak. Po chwili wahania oddaję mu mój dobytek. Cała ta rozmowa odbywa się oczywiście na migi. Pokazuję mu ulotkę i miejsca, które chcę zobaczyć a on pokazuje mi kierunki. Każde ruiny są w innym miejscu. Wskazuję na pobliskie piramidy a on z kolei wyszukuje odpowiedniego zdjęcia w folderze. Wygląda na to, że są one najbliżej.
Jakiś czas idziemy razem. Chłopiec zaprasza mnie jeszcze do siebie do wioski, pokazuje, że da mi wody i coś do zjedzenia. Znowu chwila wahania. Patrzę w stronę wioski i w stronę piramid. Piramidy są bliżej. Wydaje mi się, że widzę szlaban, więc pewnie ktoś pilnuje tych piramid, a to znaczy, że tam będzie woda. Decyduję się - idę prosto do piramid. Żegnamy się więc i chłopiec odjeżdża na swoim osiołku. A ja ledwo żywa kieruję się w stronę szlabanu.
Nie mam już prawie wody a to, co zostało jest tak ciepłe, że nie chce mi się nawet brać do ust. Mam wrażenie, że wszystko wiruje wokół mnie, a ja nie panuję nad swoim ciałem. Byle dotrzeć do szlabanu. Wygląda na to, że ktoś chyba kręci się wokół niego. „Szybciej! Stawiaj większe kroki!” mówię w myślach do siebie.
Dochodzę wreszcie do drogi, przechodzę na drugą stronę… jeszcze tak daleko…. Do szlabanu jest wciąż około 500 metrów.
Wlokąc się noga za nogą dotarłam na miejsce. Od razu dostałam kubek wody. Wypiłam duszkiem. Poprosiłam o kolejny. I jeszcze jeden, jeszcze jeden, jeszcze jeden… Zimna, orzeźwiająca, przynosząca ulgę, życiodajna… Na szczęście woda w Sudanie jest dobra, aczkolwiek wtedy był pierwszy raz, kiedy piłam tam wodę prosto ze studni. Wtedy było mi jednak wszystko jedno czy umrę z wycieńczenia czy na amebę lub inne świństwo. Przez godzinę odpoczywałam w biurze dochodząc do siebie. Biuro składało się z biurka, dwóch krzeseł i mapy powieszonej na ścianie. Kiedy wstałam z krzesła świat znowu zawirował. Pani, która tam urzędowała, odstąpiła mi swoje biurko pokazując, że mogę się na nim położyć. Skorzystałam z oferty, a ona sama rozłożyła sobie chustę na podłodze. Po chwili przyszła jeszcze jedna kobieta i napiwszy się również położyła się w kącie na podłodze. Tak przeczekałyśmy największy upał.

Po południu przyjechała młoda para, która była w Shendi w podróży poślubnej. Ona w czarnej bluzce i białej, długiej spódnicy, z pomalowanymi henną w misterne wzory dłońmi. On w długiej, nieskazitelnie białej galabiji. Poszłam z nimi zwiedzać nekropolię. Ponieważ reszta towarzystwa dowiedziała się, że jestem z Polski toteż rozmowa zeszła na jedyny właściwy temat w tym miejscu.
- Znasz Bogdana?
- Polskiego archeologa? Nie znam, ale wiem, że tu pracował.
Takie pytania padały w każdym miejscu, gdzie byli polscy archeolodzy. Zmieniały się jedynie imiona. A było ich w Sudanie niemało i to od wielu lat. Badania archeologiczne w Sudanie zapoczątkował profesor Kazimierz Michałowski w latach 60-tych i kontynuowane są po dziś dzień. Sudańczycy bardzo cenią sobie ich pracę. Owoce pracy Polaków można oglądać w Muzeum Narodowym w Chartumie, jak również w kilku muzeach w Polsce.
Przewodnik, znający zaledwie kilka słów po angielsku pokazał nam tablicę, na której wyryta była data 1842. Próbował mi wytłumaczyć, że od dawna miejsce to przyciąga turystów. O Meroe wspominał już Herodot, który co prawda tutaj nie dotarł, ale spisywał relacje przybyszów będąc na Elefantynie (okolice dzisiejszego Asuanu). Największą zaletą tego miejsca w dzisiejszych czasach jest to, że niewiele osób o nim wie i daleko im jeszcze do sławy piramid w Gizie.
Piramidy, choć mniejsze niż w Egipcie (najwyższe dochodzą do 30 metrów wysokości) nie ustępują im w zdobnictwie. Zbudowane są z piaskowca, mają schodkowy kształt, a od egipskich różni je to, że brzeg każdej ściany jest wykończony gładkim kamieniem. Na ścianach piramid są reliefy, w środku malowidła przedstawiające życie władców i ich poddanych. Malowidła są bardzo dobrze zachowane. Zmarli byli układani w piramidach na drewnianych łożach, obok składano liczne dary, a na grobie stawiano statuetkę duszy „ba”, wyobrażanej jako człowiek – ptak z twarzą zmarłego. W piramidach znaleziono liczne przedmioty z obszarów cesarstwa rzymskiego – dowód, że wysłannicy Nerona przybywali tutaj w poszukiwaniu źródeł Nilu.
Spacerując między świątyniami i piramidami czuje się kilkusetletnią historię. Władcy państwa Kusz przenieśli tu swą stolicę z Napaty w III wieku p.n.e. Największy rozkwit przeżywała ona w okresie I wieku n.e. za panowania pary królewskie Amanitare i Netekamaniego. Kultura państwa Kusz rozwijała się pod wpływem Egipcjan, ale wkrótce rozwinęli oni własne pismo i kulturę, a w świecie słynęli z produkcji żelaza. Historycy dziś zastanawiają się nad przyczynami upadku królestwa na dalekim Południu: czy był to efekt wewnętrznego kryzysu czy raczej podboju chrześcijan z Aksum czy też najazdów koczowniczych plemion z pustyni.

Kończy się dzień… słońce powoli chyli się ku zachodowi. Zabieram się z młodą parą ich pickupem. Jadę na pace, z tyłu zostaje zapomniane niemal przez wszystkich Królestwo Meroe…

Informacje praktyczne:

Wiza:
Najbliższa ambasada Sudanu znajduje się w Berlinie. Wniosek wraz z paszportem można wysłać pocztą lub kurierem. Ja miałam wizę gotową do odbioru po tygodniu, choć ambasada ma 30 dni na odpowiedź.
Wiza 30-dniowa, jednokrotna kosztuje 45$, 90 – dniowa, wielokrotna – 90$.

Waluta:
Dinar Sudański (SD); 1$ - około 260SD Często w języku mówionym używana jest poprzednia waluta – sudański funt o nominale 100 – krotnie większym. Pieniądze można wymienić już na lotnisku. Kurs podobny jak w bankach.

Język:
Urzędowy – arabski, z łatwością można się też porozumieć po angielsku, w niewielu przypadkach wykorzystałam międzynarodowy język migowy.

Hotele:
Ceny od 1000 do 2000 SD za pokój w klasie „turystycznej”. W większości hoteli nie ma łazienek w pokojach. Są i droższe. Ale i tańsze, tzw. lokandy – hotele dla miejscowej ludności, bardzo tanie (ok. 200 – 300 SD), gdzie płaci się za łóżko, a łóżka w większości wystawione są na wewnętrzny dziedziniec. Nie ma nic przyjemniejszego niż spanie pod rozgwieżdżonym niebem. Standard w lokandach jest bardzo różny- zdarzają się takie, które niczym nie różnią się od hotelu, a są i niezwykle prymitywne, bez oświetlenia, prądu, bieżącej wody, gdzie trudno wytrzymać choćby jedną noc (Shendi).

Wyżywienie:
Typowe dla krajów arabskich – shawarmy, kebaby etc. Ceny 100-300 SD. Nie ma problemów z wodą.
Typowym daniem jest kisra – placek podobnie wyrabiany jak etiopska injera, ale dużo smaczniejszy. Pół kurczaka podawanego z chlebem i warzywami kosztuje w zależności od miejsca od 700 do 1500SD. Świeżo wyciskane soki – ok. 100-200 SD.

Transport:
Na obszarze, gdzie podróżowałam drogi były bardzo dobre. Transport między miastami jest dobrze zorganizowany. Jest wiele prywatnych firm transportowych, posiadających dobre autobusy z klimatyzacja. To nie zawsze jest zaletą, ja wolałam podróżować autobusami nieco gorszymi, bez klimatyzacji, dzięki czemu nie chorowałam i lepiej znosiłam temperatury.
Przykładowe ceny:
Mini bus Wad Medani – Sennar (1,5 godziny jazdy) – 500 SD
Autobus Chartum – Shendi – 650 SD
Autobus (klimatyzowany) Kassala – Port Sudan – 2500 SD
Autobus Chartum – Wad Medani – 750 (bez klimatyzacji), 1200 (klimatyzowany).
Taksówki w Chartumie – min. 500 SD po mieście, między lotniskiem a centrum – 3-5$. W innych miastach jest taniej.

Bezpieczeństwo:
Poza prowincja Darfur jest bezpiecznie. W niektóre miejsca konieczne jest pozwolenie: Kassala, Port Sudan, Dinder NP. + miasto, cała część południowa poniżej linii Gedaref – Wad Medani.

Dokumenty:
Konieczne jest pozwolenie na podróżowanie (travel permit) i na fotografowanie (photography license) wyrabiane w Chartumie. Travel permit kosztuje 20$, do odbioru następnego dnia po złożeniu wniosku.
Biuro, do którego należy się udać, Alliens Administration, mieści się na rogu ulic Al – Jamhuriya i Al – Nile.
Pozwolenia na fotografowanie nie wyrabiałam ze względu na zapis pozwalający policji skonfiskować filmy i sprzęt, jeśli stwierdzą, że fotografuję coś, czego nie powinnam, a nad gustami jak wiadomo, nie dyskutuje się. W pozwoleniu jest to opisane jako „other defaming subject”. Kilka razy pytano mnie o to pozwolenie, ale jakoś się wybroniłam przed okazywaniem tego dokumentu.
Gdyby ktoś jednak zdecydował się na jego wyrobienie to musi trafić do odpowiedniego biura Ministerstwa Turystyki. Jego pełna nazwa brzmi:

Ministry of Tourism & National Heritage
General Administration of Tourism
Information & Promotion Administration.

Zaraz po przyjeździe należy się zarejestrować na policji. Ja tylko raz zrobiłam to osobiście i trafiłam na policjanta, który w ogóle nie wiedział po co przyszłam. Poza tym zawsze ktoś z obsługi hotelu wyręczał mnie w tym obowiązku. Wręczałam tylko przygotowane wcześniej kopie travel permitu oraz paszportu (pierwsza strona oraz strona z wizą).
Dobrze jest mieć z sobą kilka fotografii paszportowych i kopii paszportu, przydadzą się przy wyrabianiu wszelkich pozwoleń.
Osobne pozwolenia są konieczne, aby dostać się do wszelkich archeologicznych miejsc. W Chartumie można je dostać w biurze na tyłach Muzeum Archeologicznego. Za każde miejsce trzeba uiścić opłatę 10$, studenci dostają pozwolenia za darmo. Ponieważ polscy archeolodzy z uniwersytetów w Poznaniu i Gdańsku są tam częstymi i lubianymi gośćmi więc pracownicy biura przeważnie dają nam pozwolenia za darmo bez względu na wiek. Ale nie jest to regułą.

Przelot:
Bardzo dużo linii lotniczych lata do Chartumu. Ja leciałam Lufthansą, z Frankfurtu z międzylądowaniem w Kairze. Koszt 850$. Dużo taniej jest polecieć do Kairu i stamtąd już drogą lądową przejechać na południe i przekroczyć granicę promem.

Internet:
W każdym większym mieście jest kafejka internetowa, w Chartumie prawie na każdym kroku.
Koszt – 50 – 100SD za 1 godz. W Meridian Hotel w Chartumie w klimatyzowanym pomieszczeniu kosztował 200SD za 1 godz.

Prohibicja:
W Sudanie panuje całkowita prohibicja. Jedynie na statkach pływających pod obcą banderą można spożywać alkohol. Ewentualnie, można nabyć gdzieś na wsi, jeśli ktoś zna zaufanego człowieka produkującego coś w rodzaju araku. Ludzie jednak są bardzo nieufni.