Od zielonych pagórków do ośnieżonych szczytów
"Księżycowa dolina"
ANNA LIWYJ
"Księżycowa dolina" to płaskowyż w północnych Indiach, należący administracyjnie do stanu Dżammu i Kaszmir, a geograficznie do Wyżyny Tybetańskiej. Swą nazwę zawdzięcza nieuprawnym ziemiom, wysuszonym, gdyż przez Himalaje nie przedzierają się chmury deszczowe. Trudno dostępne położenie sprawia, że styl życia ludzi jest tu zupełnie odmienny niż pozostałych mieszkańców Kaszmiru, a nawet całych Indii.
Być może z tego powodu coraz więcej turystów decyduje się na wyprawę w ten rejon mimo bardzo uciążliwej i niebezpiecznej podróży. Wąskie wyboiste drogi, na których mieści się jeden samochód, są przejezdne tylko wtedy, kiedy stopnieje śnieg, tzn. od czerwca do września. Nieostrożność grozi stoczeniem się w przepaść. Przynajmniej raz w tygodniu pojawiają się wiadomości o kolejnych ofiarach brawurowej jazdy.
Podróż, która trwa dwa dni, rozpoczyna się w Manali. Bilety trzeba rezerwować kilka dni wcześniej, gdyż nawet w pełni sezonu kursuje tu tylko jeden autobus. Jedynie niewielkie odcinki liczącej 485 km drogi są pokryte asfaltem. Droga pnie się cały czas w górę aż do 5328 mn. p. m. Na tej wysokości przekracza się przełęcz Taglang-La, najwyżej położoną przełęcz na drodze do Leh i drugą pod względem wysokości położenia drogę samochodową na świecie. Pierwsza, Khardung-La, na wysokości 5606 mn. p. m. , jest zresztą niedaleko stąd. Podróż daje się nieźle we znaki nie tylko tylnym częściom ciała. W miejscowym autobusie nie można nawet oprzeć głowy, ponieważ oparcia są bardzo niskie.
Ze stanu odrętwienia wyrwały nas nagle okrzyki kierowcy i skupionych wokół niego kilku mężczyzn. Wszyscy przekrzykiwali się, żywo gestykulując. Głosy w autobusie powoli milkły. Pasażerowie, zwłaszcza nic nie rozumiejący turyści, czekali na rozstrzygnięcie. Nagle zjechaliśmy z drogi zboczem w dół. Zapanowała cisza, nikt nie śmiał się poruszyć. Wydawało się, że najmniejszy ruch spowoduje, że autobus się wywróci i skończymy we wspólnej mogile. Sekundy ciągnęły się w nieskończoność. Wszyscy utkwili wzrok w kierowcy. Jeszcze kilka wstrząsów i równie nagle jak zjechaliśmy znaleźliśmy się na właściwej drodze. Rozległy się brawa. Później ktoś tłumaczył, że kierowca chciał ominąć przełęcz i pojechał na skróty. Ot, nic takiego.
Wrażenia pozostają jednak niezapomniane. Za każdą cenę warto wybrać się do "księżycowej doliny". Jadąc autobusem, pokonuje się wszystkie piętra wysokich gór: od zielonych pagórków, poprzez spalone słońcem żółto-czerwone skały, aż do wysokich ośnieżonych szczytów. Przejeżdża się przez kilka przełęczy, na których obowiązkowo trzeba się zatrzymać i powiesić kilka chorągiewek z modlitwami buddyjskimi. Punktem kulminacyjnym jest przełęcz Taglang-La. Kiedy się do niej zbliżaliśmy, czuliśmy podniecenie, które rosło odwrotnie proporcjonalnie do szybkości, z jaką poruszał się nasz autobus. A jechał on coraz wolniej i z trudem wdrapywał się na szczyt. Wokół były jedynie pięcio- i sześciotysięczniki. Bardzo silny wiatr niemal uniemożliwił jazdę. W pobliżu jest niewielka świątynia i knajpka, w której można napić się tybetańskiej herbaty, mieszanki tradycyjnej herbaty, mleka i masła o specyficznym smaku.
Droga do Leh jest tak niebezpieczna, że autobusy zatrzymują się na noc w Kejlongu. Aby znaleźć wolne łóżko, należy się wykazać znajomością panujących tu praw dżungli. Mimo że z autobusu wybiegłam pierwsza, to wszystkie miejsca w hotelu były zajęte. Właściciel, wskazując podłogę, powiedział mi, że ma jeszcze miejsca piętro niżej, czyli w piwnicy. Stanowczo odmówiłam. Wyobraziłam sobie smród i robactwo chodzące po podłodze i ścianach, a w nocy również po mnie. Po krótkich targach właściciel wyrzucił w końcu dwóch Hindusów.
Kiedy dotarliśmy do Leh, było po 20. 00. W tej części świata o tej porze panuje już noc, rozświetlona jedynie tysiącami gwiazd. My jednak nie zauważyliśmy ani jednej, tak byliśmy wyczerpani 2-dniową podróżą przez najwyższe góry świata, Himalaje. Gdy wyszliśmy z autokaru, otoczył nas tłum naganiaczy. Szybko zdecydowaliśmy się na jednego z nich, bo wiedzieliśmy, że w Leh wszystkie światła gasną o 22. 00, a mieliśmy wielką ochotę na kąpiel. Mimo wysokiej jak na warunki indyjskie ceny zdecydowaliśmy się zostać. Jak się później okazało, był to jeden z najtańszych hoteli w mieście i jeden z nielicznych, w których pozostały wolne miejsca.
Rano rozejrzałam się po okolicy. Wokół stały jedynie białe domy z płaskimi dachami, tak typowe dla krajobrazu tybetańskiego, a obok różnej wielkości stupy. Trzepotały kolorowe flagi modlitewne, które poruszał wiatr, w ten sposób odmawiający modlitwy za praktycznych Tybetańczyków. Są oni przekonani, że każda nitka wypruta z flagi przez w iatr jest uniesioną wprost do nieba modlitwą. Nad miasteczkiem górował dawny pałac rodziny królewskiej. Zbudowany w XVI wieku wysoko w górach, miał przypominać Potalę -- siedzibę Dalajlamy w Lhasie. Powyżej pałacu znajdowały się już tylko gompy -- świątynie buddyjskie.
Ubrani w tradycyjne stroje Tybetańczycy spacerowali po ulicach, zatrzymując się od czasu do czasu przed rozłożonymi na chodnikach straganami, za którymi zaradne panie zachwalały swój towar. Mnisi, ubrani w tradycyjne żółto-bordowe szaty i skórzane sandały, statecznie zmierzali na modły do klasztoru bądź zachowywali się bardziej frywolnie -- w trójkę jeździli na małym skuterku, wzbudzając powszechną radość wyrozumiałych mieszkańców i turystów.
Poza tym miasteczko nie różni się od innych. Niegdyś ważny punkt na prowadzącym z Chin Jedwabnym Szlaku, dziś pełni funkcję bazy wojskowej i ośrodka turystycznego. Stąd prowadzi wiele szlaków w góry, a wokół jest dużo interesujących klasztorów i świątyń buddyjskich.
Jeśli jednak ktoś nieco zboczy z głównej ulicy, to znajdzie się w świecie sprzed kilkuset lat. Stare, wąskie uliczki nie zatraciły swojego charakteru ani uroku. Jedna z nich, stroma, wijąca się wśród wysokich domów, prowadzi do pałacu królewskiego. Rodzina królewska, sprzedawszy go Indyjskiej Fundacji Archeologicznej, przeniosła się do pobliskiego Stoku, do swojej letniej rezydencji. Pałac jest bardzo zaniedbany. Prowadzone podobno od wielu lat prace rekonstrukcyjne widać jedynie na papierze.
Z Leh warto się wybrać do kilku położonych niedaleko klasztorów tybetańskich. My wybraliśmy Tikse Gompa i Hemis Gompa. Tikse Gompa leży 17 km za Leh na wzgórzu, z którego rozciąga się widok na Indus i wioskę. Do klasztoru dotarliśmy wraz ze starym mnichem, który nie umiał ani słowa po angielsku. Cały czas uśmiechał się do nas i wskazywał drogę. W bibliotece klasztornej kryje się wspaniała kolekcja ksiąg tybetańskich. Jest tu także kilka cennych dzieł sztuki i ogromny posąg Future Budda, czyli Buddy, który dopiero nadejdzie. Największy i najważniejszy klasztor Ladakhu, Hemis Gompa, wznosi się na wzgórzu na zachodnim brzegu Indusu. Na przełomie czerwca i lipca odbywają się tu obchody święta Hemis, jedne z najbardziej uroczystych i spektakularnych w regionie. Trwają one dwa dni. W tym czasie odbywają się rytualne tańce mężczyzn w maskach, wspólne modlitwy i inne uroczystości, na które ściągają tłumy Tybetańczyków z okolic i ciekawych turystów.