U źródeł Nilu Błękitnego,
czyli garść ciekawostek i informacji praktycznych zebranych w czasie podróży do Etiopii


Anna Liwyj

DLACZEGO ETIOPIA?
- żeby zobaczyć życie plemion;
- żeby być u źródeł Nilu Błękitnego – rzeki o dwóch źródłach;
- żeby zobaczyć Simien - jedne z najpiękniejszych gór świata;
- żeby obserwować dżelady zwane małpami – lwami lub małpami o krwawiących sercach;
- żeby zobaczyć wykute w skałach na wysokości 2500-3500 m npm kościoły w Lalibeli i okolicach;
- żeby przez chwilę żyć w zgodzie z naturą- wstawać o świcie, chodzić spać niedługo po zmierzchu.
- żeby obalić stereotyp panującej tam skrajnej nędzy i głodu;
- żeby po powrocie docenić polskie drogi i sklepy spożywcze.

CZAS:
16.02 – 11.03.2003, w sumie 23 dni na miejscu. W tym okresie jest pora sucha, choć czasami zdarzały się anomalie pogodowe i kropiło na północy. Byliśmy na przełomie zimy (Bega) i wiosny (Belg). Te pory roku wyglądają jednak zupełnie inaczej niż u nas. Tak naprawdę to nie wiedzieliśmy kiedy skończyła się zima, a zaczęła wiosna.

WALUTA:
Birr
1$ = 8,58 Birr
1 EUR = 9,24 Birr
Na czarnym rynku kurs jest taki sam jak oficjalny. Euro i dolary funkcjonują równolegle.

WIZY:
Koszt 140 Birr. Dostępne na lotnisku, biuro otwarte jest już również w nocy i w niedziele, podobnie jak kantor.

PRZELOT:
Koszt 610$ z opłatami lotniskowymi liniami British Airways z międzylądowaniem w Londynie i Aleksandrii. W Addis Abebie otwarty jest nowy terminal obsługujący loty międzynarodowe. Stary terminal obsługuje loty wewnętrzne.

HOTELE:
Najtańsze ok. 10-15 Birr. My braliśmy zawsze dwójkę z łazienką i ciepłą wodą i kosztowało nas to średnio ok. 40 Birr. Najtańszy tego typu pokój był w Kombolczy (25 Birr w Hikma Pension), najdroższy w Lalibeli (Asheton Hotel 90 Birr). Najlepszym hotelem jest Sheraton w Addis. Warto tam pójść obejrzeć ogrody i wykąpać się w luksusowych basenach. Wejście na baseny kosztuje 75 birów na cały dzień w dni powszednie i 100 Birr w niedziele i święta. Po kilkutygodniowych trudach podróży może to być dobre miejsce na odpoczynek.

WYŻYWIENIE:
Etiopskimi ziemniakami jest injera – potrawa raczej trudno przyswajalna przez Europejczyków. Przygotowywana jest ze sfermentowanego tefu, podawana do każdej potrawy. Ma kwaśny smak, szaro-bury kolor i konsystencję gąbki. Dla niektórych nie do przełknięcia. Jeśli ktoś ma wrażliwe podniebienie proponuję zabrać trochę puszek i gorących kubków.
Można również załapać się na spaghetti (spuścizna po Włochach) lub rybnego kotleta, najłatwiej w „fasting days” (środy i piątki). Kotlety są smaczne i duże (jedna porcja wystarczy dla 2 osób), natomiast spaghetti często jest podawane „na zimno”. Duże porcje kosztują ok. 6-12 Birr. Można tez kupić bułki w cenie 0,20 – 0,50 Birr w zależności od wielkości. Niedobory żywieniowe można zrekompensować alkoholem. Jednym z miejscowych specjałów jest taj – lekki alkohol robiony z miodu. Najlepszy taj piliśmy w Chencha. Za litr tego trunku płaci się ok. 2 Birr. Niekiedy wytwarzany jest z cukru, wówczas jest tańszy. Poza tym jest dobre piwo. Do wyboru: Harar, Bekele, St George, Dashen, Meta (2-4 Birr). I całkiem niezłe wino – Gouder i Axumite (0,75 l kosztuje ok. 16 Birr).
W całym kraju są kawiarnie zwane pastry – we wszystkich serwowane są soki ze świeżych owoców, kawa i ciastka.
Wszędzie można kupić colę i fantę, wodę Ambo (gazowana), Highland (niegazowana, choć gazety doniosły tuż przed naszym wyjazdem, że firma wypuściła nowy produkt na rynek – wodę gazowaną).
Dobra europejskie: czekoladę, konserwy rybne itp. można kupić tylko w Bahir Dar, Gonder, Dessie i Addis. Sklepy w Gonder są zdecydowanie lepiej zaopatrzone niż w Bahir Dar.

INTERNET:
Dostępny przez modem, bardzo wolny. Koszt 0,5-1 Birr/ 1 min. Dostępny w AA, Arba Minch, Gonder, Bahir Dar, Dessie.

PRZEWODNIK:
Mieliśmy dwa: Lonely Planet i Bradt. Zdecydowanie bardziej użyteczny jest Bradt, choć trzeba przyzwyczaić się do stylu autora. LP powrócił w stanie nienaruszonym.
Bradta można zamówić na stronie internetowej: www.bradt-travelguides.com. Po tygodniu czeka już w skrzynce. Kosztuje 13,95 funtów + koszt przesyłki ok. 3 funtów.

KSIĄŻKI:
Inne niż przewodnik:
R. Kapuściński – „Cesarz”; autor był w Etiopii w trakcie upadku dyktatury Haile Sellasie i fascynująco opowiada o tym okresie historii;
A. Wilczkowski – „Każdemu według marzeń”, opowieść o wyprawie grupy polskich alpinistów w góry Simien;
B. V. Morell – „Nil Błękitny”, historia wyprawy, która miała na celu przepłynięcie Nilu Błękitnego i dotarcie do jego źródeł u stóp góry Gishie.

MAPY:
Najlepsza dostępna mapa jest do ściągnięcia na stronie www.anythingonethiopia.com. Nawet nasz kierowca kilkakrotnie z niej korzystał. Dostępna w Polsce mapa węgierska jest nieaktualna i ma dużo błędów. Wkrótce będzie wydana w Szwajcarii nowa trekingowa mapa gór Simien. Może do nas też dotrze, a na pewno będzie sprzedawana w siedzibie Simien NP.

WEBSITE:
www.anythingonethiopia.com - dużo informacji o obecnej sytuacji w Etiopii, jak również informacje turystyczne, mapy.
www.fotopodroze.pl - zdjęcia z naszego wyjazdu;
www.etiopia.pl - zdjęcia i raporty z Etiopii.

PAMIĄTKI:
Te z południa najlepiej kupić gdzieś po drodze przemieszczając się z jednej wioski do drugiej. Są dużo tańsze niż w Addis. Mnóstwo dzieci tylko czeka na turystów. Pozostałe pamiątki najlepiej nabyć na Mercato w Addis – duży wybór i tanie. Na Mercato uwaga na kieszonkowców, zwłaszcza w pierwszych minutach pobytu – są bardzo szybcy – jedna osoba trzyma za ręce z tyłu, a w tym czasie druga przeszukuje kieszenie.

FOTOGRAFOWANIE:
Niestety w wielu miejscach trzeba płacić za zdjęcia ludzi, a często zdarza się, że żądają pieniędzy za zdjęcia rzeczy, które do nich należą. Najgorzej jest na południu. Zwykle robiliśmy zdjęcia osobom, z którymi nawiązaliśmy jakiś kontakt, w związku z tym rzadziej dochodziło do płatności. Pytaliśmy o pozwolenie na zrobienie zdjęcia i często je otrzymywaliśmy. Gdy mimo to oczekiwali zapłaty lub prezentu dawaliśmy widokówki lub monety z Polski.
W Etiopii jest bardzo ostre słońce, należy zabrać filtr polaryzacyjny. Najlepiej fotografować wcześnie rano lub późnym popołudniem. Z filmów polecamy zarówno te o małej czułości (np. Velvia 50) do krajobrazów, jak i o dużej (np. do fotografowania wnętrz kościołów lub zbliżeń). Statyw nie jest niezbędny – przydał się 2-3 razy. Teleobiektyw jest przydatny głównie do fotografowania zwierząt (ptaki i krokodyle).

LUDZIE:
Piękne kobiety, smagli mężczyźni i urocze dzieci. Wszyscy mają duże oczy i czekoladową karnację. Bardzo przyjacielscy, gościnni i pomocni. Zawsze uśmiechnięci i ciekawi świata. Często zdarzało nam się być zaproszonymi do domów na obiad czy kawę. Pewnego dnia z wdzięczności za podwiezienie zostaliśmy zaproszeni na kolację, na której przygotowano potrawy z kozy, która została specjalnie na tą okazję kupiona po drodze. Kolejnym razem Mariusz nie mógł wyjść z taj – hous’u, gdyż ciągle ktoś proponował mu „buteleczkę” (taj pije się z buteleczek trochę podobnych do kolby laboratoryjnej).Czasami, szczególnie w miejscach turystycznych ludzie są męczący, szczególnie dzieci, które chcą pieniądze albo wołają „you” za każdym białym.

RELIGIA:
Ortodoksi – 51%, Muzułmanie 33%.
Chrześcijanie z muzułmanami żyją raczej w zgodzie. Szwajcar, który mieszkał w Etiopii 10 lat i traktuje ją jak drugą ojczyznę mówił, że jedynym problemem była konieczność oddzielnego zapraszania na kolację przyjaciół. Zazwyczaj zapraszał wyznawców jednej albo drugiej religii, gdyż muzułmanie nie mogą jeść mięsa ze zwierząt zabitych z rąk chrześcijan i odwrotnie.

JĘZYK:
Oficjalny – Amharski, choć jest mnóstwo języków regionalnych i plemiennych, często bardzo różnych od siebie.
Teoretycznie nie powinno być trudności w porozumiewaniu się po angielsku gdyż jest to jeden z podstawowych przedmiotów w szkole podstawowej, a w szkole średniej jest językiem wykładowym. Jednak nie wszyscy uczęszczali do szkoły nawet na poziomie podstawowym, od niektórych wiosek szkoły są oddalone nawet o kilka godzin drogi pieszo. Ze wszystkimi można się jednak porozumieć na migi .

SYSTEM POLITYCZNY:
Republika federalna, do 1990 roku panował tu komunizm.
Premier – Meles Zenawi;
Prezydent – Girma Wolde – Giorgis.

TRASA:
Dolina Omo (8 dni);
Bahir Dar (po drodze Debre Libanos, przełom Nilu Błękitnego, Gishie Abbay);
Gonder;
Simien (4 dni treku);
Lalibela;
Dessie i Hayk;
Addis Abeba.

TRANSPORT:
Jeep 100$ za dzień łącznie ze sprzętem biwakowym. Koszty można rozłożyć na 4 osoby (tyle osób może zmieścić się w samochodzie), wtedy jednak pozostaje niewiele miejsca na bagaż.

Drogi w Etiopii są często w katastrofalnym stanie. Są one jednak cały czas budowane i sytuacja zmienia się z dnia na dzien. Rząd podpisał kontrakt na budowę drogi pomiędzy Addis a Gonder (przez Bahir Dar) i ok. 2004 cała ta droga ma być pokryta asfaltem. Cały czas praca wre!
My wyróżniliśmy 3 rodzaje dróg:
1. najlepsze – budowane obecnie, asfaltowe;
2. drogi utwardzone, nie pokryte asfaltem;
3. drogi asfaltowe pozostałe po Włochach – najgorsze, strasznie dziurawe.

Autobusy:
Bahir Dar – Gonder – 20 Birr – 6 godzin
Gonder – Debark – 12 Birr – 3,5 godziny
Lalibela – Dessie – 36 Birr – 9 godzin.

Przeloty:
Gonder – Lalibela 380 Birr, czyli ~44$
Dessie – Addis Abeba 470 Birr, czyli ~55$

Na niektórych lotniskach pobierana jest taksa wylotowa. Płaciliśmy w Gonder 20 Birr.


DOLINA OMO

Dni targowe:
Konso – poniedziałek, czwartek;
Chencha – poniedziałek, sobota;
Arbore – poniedziałek;
Turmi – poniedziałek, czwartek;
Omorate – codziennie;
Key Afar – czwartek;
Jinka – codziennie;
Weita – sobota;
Dimeka – sobota, czwartek..

W Dolinie Omo spędziliśmy 8 dni przemieszczając się wynajętym w AA jeepem. Ten czas wystarczy aby dotrzeć do najważniejszych miejsc. Jest to jednak zbyt krótki okres aby zobaczyć wszystko i odwiedzić nieturystyczne wioski położone z dala od głównych dróg. Planując pobyt trzeba też brać pod uwagę warunki pogodowe (po deszczach niektóre drogi są nieprzejezdne) oraz ewentualne walki plemienne (w czasie naszego pobytu były zamknięte drogi pomiędzy Turmi i Key Afar oraz Turmi i Jinka).

ARBA MINCH
Po drodze do Arba Minch zatrzymaliśmy się w Sodo i Chencha. Sodo można sobie odpuścić. W Arba Minch odbyliśmy wycieczkę łodzią po Jez. Chamo. Mariusz stał się tam miłośnikiem „birdwatching” (mnóstwo ptaków m.in. pelikany i marabuty). Mnie bardziej podobał się gruby zwierz - krokodyle i hipopotamy. Za łódź zapłaciliśmy 300 Birr chociaż chcieli z nas wyciągnąć dodatkowe 100 Birr za wejście na teren parku. Za wejście płaci się tylko w siedzibie Nechisar NP. Ceny biletów do Nechisar NP poszły ostatnio do góry:
Za osobę – 70 Birr za 48 godzin;
Za samochód – 20 Birr;
Za scout’a – 40 Birr.
I dodatkowo 60 Birr za coś, czego pani sprzedająca bilety nie potrafiła nam wyjaśnić. Ponieważ nie można tam zobaczyć wielu zwierząt – zrezygnowaliśmy.

W Arba Minch polecamy hotel Arba Minch Hotel (40 Birr za pokój z łazienką). Zaprzyjaźniliśmy się z właścicielkami i w zamian byliśmy codziennie zapraszani na „cofee ceremony”.

Wieczorem warto przejść się do hotelu Bekele Mola – z tarasu jest niesamowity widok na oba jeziora i teren parku narodowego.

CHENCHA
Wioska położona wysoko w górach, niedaleko od Arba Minch, warta odwiedzenia. Ludzie mieszkają tu w charakterystycznych chatach, niektóre maja po 6 metrów wysokości. Wspaniały, kolorowy targ, przyjaźni ludzie i doskonały taj!!!

KONSO
Samo miasteczko nie jest specjalnie interesujące, ale jest to rejon bardzo ciekawych ludzi z plemion Konso, od których zaczerpnęło swą nazwę. W porównaniu do innych wiosek z doliny Omo ludzie Konso są na dużo wyższym poziomie rozwoju. Żeby zobaczyć tradycyjną wioskę warto pojechać do Dekatu, Mecheke lub Gesergiyo. Najbliżej położone Dekatu (3 km główną drogą) można zwiedzić na piechotę.
Mecheke doskonale obrazuje sposób życia plemion Konso (mieszkańcy są dobrze zorganizowani, mają swoje role w społeczności, tarasowo uprawiają ziemię, tworzą totemy „waga” dla wojowników i ich rodzin, wioska ma ciekawy układ zabudowań). Natomiast jeśli ktoś chce zobaczyć „wagi” to na pewno nie tutaj. Jest ich ok. pięciu i raczej rozczarowują swoim poziomem artyzmu.
Wstęp do wioski – 30 Birr, przewodnik 40 Birr – niekonieczny, jeśli Wasz kierowca zna drogę i macie przewodnik Bradt’a.
Gesergiyo – duma okolic zwana Nowym Jorkiem ze względu na wysokie, smukłe formy skalne ukształtowane przez wodę.
W Konso polecamy hotel St Marie (40 Birr za dwójkę), jedyny piętrowy budynek, wyróżnia się spośród niskiej zabudowy miasteczka.
Warto przespacerować się po miasteczku i zobaczyć jak żyją ludzie i co robią w wolnym czasie (a mają go dużo). Mariusz podziwiał mecz piłki nożnej, a ja zagrałam w „ping – ponga” z miejscowymi. Wieczorem piliśmy piwo w jednej z przydrożnych knajpek, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć teledyski etiopskie. Taniec występujących w nich dziewcząt polega w głównej mierze na potrząsaniu piersiami, co wzbudza wiele emocji wśród zebranych mężczyzn.

ARBORE
(wioska około godziny drogi przed Konso). Niewiele turystów tu się zatrzymuje. My trafiliśmy na dzień targowy. Trzeba uważać, gdyż ludzi są agresywni. Z trudem spędziliśmy tam 15 minut będąc bez końca dotykani, ciągnięci za włosy. Próbowano zdjąć zegarek z ręki. W trakcie naszego krótkiego pobytu 2 razy komuś z miejscowych coś ukradli. Dochodziło do rękoczynów.

TURMI
Turmi to rejon Hamerów. Jadąc samochodem mija się po drodze mieszkańców wiosek ubranych w tradycyjne stroje z kozich skór, pędzących bydło lub niosących wodę. Każdy mężczyzna ma ze sobą drewniany stołeczek i karabin, dość powszechny widok na południu Etiopii. Karabiny w teorii są używane do pilnowania bydła, w praktyce wykorzystywane w walkach plemiennych i polowaniach.
Wioski Hamerów rozczarowały nas. Po przyjeździe do wioski, wszyscy, którzy są obecni wychodzą przed chaty i zaczynają pozować do zdjęć. Za każde zdjęcie 2 Birry. O jakimkolwiek kontakcie można zapomnieć. Spędziliśmy tam 5 minut i uciekliśmy czym prędzej. Lepiej robić zdjęcia np. ludziom spotkanym po drodze, czy przychodzącym pod ogrodzenie kempingu. W ten sposób rozmawialiśmy z dwiema młodymi Hamerkami i poczęstowaliśmy je spaghetti. Pierwszy raz w życiu jadły makaron. Musiałam pokazać im, że jest on jadalny, dopiero wtedy spróbowały.
Jedynym miejscem noclegowym jest camping. Można przybyć z własnym namiotem (25 Birr) lub wynająć duży, wojskowy namiot (100 Birr). Są prysznice i toalety. Camping jest obsługiwany przez Hamerów z wioski leżącej nieopodal, oni też pomagają rozstawić namiot Dość zaskakującym widokiem jest Hamer z karabinem i piórkiem na głowie pilnujący wejścia na camping. Do tego widoku nie mogliśmy się przyzwyczaić.

OMORATE
Ta wioska znalazła się w naszych planach już w trakcie pobytu w Omo. Powody były trzy. Po pierwsze trwały walki plemienne i nie mogliśmy pojechać do Dimeki. Po drugie niewielu turystów tam dociera. Po trzecie była to jedyna miejscowość, do której mogliśmy dotrzeć i zobaczyć rzekę Omo.
No i nie zawiedliśmy się. Pobyt tam zrekompensował wszystkie rozczarowania związane z Hamerami. Same miasteczko Omorate robi wrażenie swoim położeniem i zabudowaniami - kilkaset chat na pustyni. Temperatury przekraczają 40 st. C. w cieniu. W okolicy mieszkają plemiona Galabów. My odwiedziliśmy wioskę po drugiej stronie rzeki Omo. Kiedy tam dotarliśmy odbywały się właśnie obrzędy przed zaślubinami. Wszystkie kobiety z wioski zebrały się przed chatą panny młodej aby odśpiewać pieśni rytualne. Te obrządki zostały przerwane przybyciem młodego wojownika. Kobiety widząc go przerwały śpiewy i rzuciły się na niego głośno krzycząc i wieszając mu swoje naszyjniki na szyję. Później okazało się, że wojownik upolował jakiegoś „big animal”. Jego tożsamości nie udało nam się ustalić.
Za możliwość robienia zdjęć w wiosce zapłaciliśmy 20 Birrów, cena za przepłynięcie rzeki, łódź i scouta, czyli łapówa dla policji kosztowała w sumie 40 Birr.

KEY AFAR
Ogromny, kolorowy targ ściągający ludzi z plemion Hamer, Bena, Ari. Ludzie docierają na ten bazar nawet z bardzo odległych wiosek. Mężczyźni są ubrani w pasiaste spódniczki i przyozdobieni kolorowymi koralikami. Kobiety, jak w większości wiosek, chodzą w skórach, a na głowie noszą połówki bukłaków na wodę, które czasami służą im za naczynie na zakupione przyprawy albo za kubek do picia wody. Przychodzą głównie w celach handlowych (można znaleźć tu wszystko od zboża, poprzez kozy do lokalnej biżuterii). To także okazja do spotkań towarzyskich. Zarówno udana transakcja, jak i spotkanie z przyjaciółmi jest zakrapiane taj’em.
Targ można fotografować do woli z wyjątkiem portretów – za nie trzeba zapłacić 1-2 Birr’y. Będąc w tych okolicach na przełomie lutego i marca warto pytać o „bull jumping” – męska konkurencja polegająca na kilkakrotnym przeskakiwaniu po grzbietach ustawionych w szeregu krów i byków. Ci, którzy przejdą próbę pomyślnie mogą wybrać sobie dowolną dziewczynę z wioski za żonę. Kilka miesięcy później odbywają się zaślubiny. Każdego roku, mniej więcej o tej samej porze, dużo młodych kobiet jest w zaawansowanej ciąży.

JINKA
Stąd najczęściej wyrusza się do Parku Narodowego Mago, w którym można zobaczyć Mursi. My po dłuższym zastanowieniu, rozmowach z osobami, które tam były i doświadczeniach z komercyjnymi wioskami Hamer zrezygnowaliśmy z tej „wycieczki”.
Sama Jinka nie jest zbyt interesująca. W miasteczku można zwiedzić muzeum – na razie nie ma tam zbyt wielu eksponatów, ale zapowiada się interesująco. Wstęp wolny.

BAHIR DAR
Tutaj jechaliśmy jeepem i warto tą trasę pokonać naziemnym środkiem lokomocji ze względu na wspaniałe widoki po drodze (m.in. przełom Nilu Błękitnego porównywany do Wielkiego Kanionu Kolorado). My zahaczyliśmy również o Debre Libanos (wstęp 20 Birr, w cenie mówiący po angielsku przewodnik).
Po drodze nocuje się przeważnie w Debre Markos. Polecamy nowy hotel – Tadele Getahun, niedaleko Shebel Hotel, zaraz za stacją Shella. Czysty pokój z łazienką i ciepłą wodą kosztuje 35 Birr. Odradzamy natomiast restauracje w Shebel Hotel – jedyna zjadliwa tam potrawa to frytki.
Gdyby nie Jezioro Tana to można byłoby ominąć Bahir Dar – miasto nas rozczarowało. Warto zatrzymać się w Ghion Hotel, gdzie jest piękny ogród pełen kwiatów i ptaków, położony nad samym brzegiem jeziora. Stanowi to pewną odmianę od całej reszty Etiopii. Standard pokoi nie odbiega jednak od ogólnie przyjętych w Etiopii. Oficjalna cena za pokój – 105 Birr, nam udało się wytargować cenę 75 Birr.
Na Jeziorze Tana zwiedziliśmy tylko południowe klasztory, wszystkie są do siebie podobne. Łódź wynajęliśmy w Ghion Hotel (75 Birr za osobę). Przejażdżka trwa pół dnia. Wstępy do klasztorów – 20 Birr każdy. W przeciwieństwie do klasztorów przyroda na półwyspie jest fantastyczna, mnóstwo ptaków i zieleni.
Drugą połowę dnia można spędzić nad wodospadem Tys Issat. Dojazd trwa ok. 1 godziny. Z dworca autobusowego odjeżdżają busy co godzinę. Cena 6 Birr. Bilet za wodospady – 15 Birr. Wodospad w porze suchej nie robi dużego wrażenia, ale można mieć pewne wyobrażenie jak wygląda on zaraz po porze deszczowej.

GISHIE ABBAY
Miejsce, z którego bierze początek Mały Nil. Etiopczycy czczą to miejsce jak święte i uznają je za prawdziwe źródła Nilu Błękitnego. Nie wolno jeść nic wcześniej ani uprawiać seksu przez 48 godzin, aby można było skorzystać z uzdrawiających właściwości wody. Etiopczycy przybywają tu z najodleglejszych zakątków kraju w nadziei, że święta woda pomoże im odzyskać zdrowie. Rano obmywają się nią, a niektórzy napełniają plastikowe baniaczki aby zabrać ją dla najbliższych. Teren wokół źródeł otoczony jest płotem, wejścia pilnuje mnich. Same źródła, aby ułatwić nabieranie wody, zostały obmurowane, a woda sączy się cienką strużką. Warto wspiąć się na górę Gishie, skąd rozciąga się wspaniały widok na okolicę. Początkowo droga wiedzie pośród chat miejscowych ludzi, można więc do woli obserwować ich życie. Są bardzo życzliwi i chętnie towarzyszą wspinającym się turystom, tym bardziej, że nieczęsto oni tu przybywają (podobno ok. 3-4 turystów rocznie).
Aby dojechać do Gishie Abbay należy skręcić w prawo z głównej drogi prowadzącej do Bahir Dar w miejscowości Tilili i dalej jechać ok. 35 km aż do wioski Sekele. Ok. 9 rano jeździ z Tilili autobus. W Tilili we wtorki jest barwny targ (taki tłum ludzi jak tam nie szedł za nami nigdzie indziej).
Właściwy Nil Błękitny również pełni szczególną rolę w życiu mieszkańców tego kraju. Nie przypomina on swym charakterem Nilu Białego. Jest kapryśny, bystry i nieprzewidywalny. Jest rzeką do tej pory nieuregulowaną, a jej nurt przez długie lata pozostawał niezbadany. Płynie on we wszystkie cztery strony świata zataczając ogromną pętlę. Wielu śmiałków próbowało spłynąć rzeką, jednak ze względu na olbrzymie katarakty niewielu to się udało.

GONDER
Tu warto zostać dłużej żeby odpocząć od typowej Afryki, miasto wygląda zupełnie inaczej niż większość miast afrykańskich. Polecamy hotel Belegez Pension (pokój bez łazienki 50 Birr, z łazienką 60 Birr). Gonder jest dobrze zaopatrzony – tutaj najlepiej zrobić zakupy przed trekiem. Jest nawet czekolada! Najlepsza restauracja – w Fogera Hotel - jest dość daleko od centrum w dawnej willi Mussoliniego. Dania kosztują 10-12 Birr, polecamy zupy i kotlety rybne.
Na zwiedzanie zamku trzeba poświęcić ok. 2 godzin choć warto posiedzieć tam dłużej. Otwarty jest w godzinach 8-12 i 14-17. Bilet kosztuje 50 Birr, cena obejmuje przewodnika, ale my nie zaznaliśmy tej łaski bo przewodnik jak wyszedł na przerwę, tak nie wrócił.
Warto zwiedzić też kościół Debre Birhan Selassie – wspaniałe malowidła na ścianach i suficie z XVIII w. Kościół szczególnie ładnie prezentuje się późnym popołudniem. Bilety 15 Birr. W Gonderze życie nocne zaczyna się zaraz po zmierzchu i jest bardzo huczne. Na dworcu trzeba uważać na kieszonkowców. Dla nas przyjemny był też spacer po miejskim bazarze i peryferiach miasta.

SIMIEN
Trek najlepiej i najszybciej jest zorganizować w Debark, w siedzibie parku. Duża w tym zasługa Europejczyków, a szczególnie Austriaków którzy szkolili przewodników. W Simien NP jest 8 licencjonowanych przewodników, którzy są bardzo dobrze przygotowani i świetnie mówią po angielsku. Organizacja całego treku od momentu wejścia do biura zajęła nam (a właściwie naszemu przewodnikowi) 2 godziny. Wyruszyliśmy około południa z Debark i spokojnie dotarliśmy do Sankaber. Przewodnik będzie proponował wcześniejszy kamping, ale wybór należy do Ciebie. Trasę do Sankaber warto przynajmniej raz przejść pieszo – po drodze mija się wielu mieszkańców wiosek, można obserwować ciekawą roślinność i krajobrazy, które są zupełnie inne niż na dalszej trasie.
Za 4-dniowy trek za 2 osoby zapłaciliśmy 1296 Birr, w tym namiot, kuchenka i naczynia, scout, przewodnik, 2 muły i 2 mulników, wstęp do parku. Ceny są stałe i nie podlegają negocjacji, ale warto tyle zapłacić!!!
Trasa: Debark – Sankaber – Geech – Imet Gogo – Sankaber - Debark.
Wracaliśmy tą samą drogą. Można złapać stopa po drodze, ale trzeba iść cały czas drogą, co wcale nie jest przyjemne. Wydaje się, że łatwiej złapać „stopa” w Chenek (koszt przejazdu ok. 150 birów), gdyż stamtąd właśnie jedzie większość samochodów, później są już zapełnione.
Po drodze jest mnóstwo dżelad. W Imet Gogo można też zobaczyć ibex’y, ale trzeba wyjść zaraz po wschodzie słońca. Dobrze jest zabrać ze sobą lornetkę, albo przynajmniej teleobiektyw.
W nocy jest zimno (Sankaber ~10 st. C, Geech ~5 st. C), warto mieć zimowy śpiwór lub ciepły polar.
Przygotowywana jest mapa Simien z naniesionymi trasami turystycznymi. Już wkrótce powinna być wydana. Prawdopodobnie będzie ona dostępna w siedzibie parku. Jedzenie na trek kupiliśmy w Polsce (zupki chińskie, sosy do spaghetti), Gonder (ryż, czekoladę, puszki rybne, makaron, orzechy) i Debark (owoce, woda, bułki). W czasie trekkingu można kupić tylko jajka, kury i owce (żywe).
Simien NP wpisany został na światową listę dziedzictwa narodowego UNESCO jako miejsce zagrożone wyniszczeniem. Zostały określone warunki, które muszą być spełnione aby park został z niej skreślony. Należą do nich wzrost populacji endemicznych zwierząt tam żyjących, przesiedlenie ludzi poza teren parku i poprowadzenie drogi poza granicami parku. Droga została już wytyczona, natomiast dużym problemem są akcje przesiedleńcze. Służy temu m.in. konieczność zabrania scout’a na trek. Mężczyzna zatrudniony w charakterze scout’a wywodzi się z plemion zamieszkujących teren parku i jednym z warunków otrzymania pracy jest wyprowadzenie się do Debarku.

LALIBELA
Dolecieliśmy tu z Gonder samolotem. Leci się ok. 0,5 godz. (cena 380 Birr), ale oszczędza się 2 dni jazdy autobusem.
Wg mnie najbardziej śmierdzące miasto Etiopii. Wszyscy sikają gdzie im się przydarzy. Ponadto od świtu do zmroku jest się narażonym na ataki tysięcy much. Kościoły jednak warto zobaczyć. Czynne w godzinach 8-12 i 14-17. Cena 100 Birr od osoby.
Lalibella jest strasznie droga, hotel (jeden z tańszych) kosztował aż 90 birow, podobnie z jedzeniem. Restauracja Blu Lal rzeczywiście jest chyba najlepszą restauracją w Etiopii poza Addis, ale ceny tam nie są niskie (np. pizza 12, cola 4 biry). Polecamy pizzę - jest zupełnie inna od tej, do której jesteśmy przyzwyczajeni, ale dobra. To również stolica Polaków w Etiopii. Wszyscy znają Anię Olej i chodzą w koszulkach promujących polskie biura podróży. Przy zwiedzaniu kościołów towarzyszą małoletni przewodnicy – przed zatrudnieniem takiego chłopca koniecznie trzeba sprawdzić jego znajomość angielskiego oraz wiedzę o kościołach (niestety niektórzy o każdym wiedzą to samo tzn. ile ma lat). Sympatyczni, młodzi chłopcy pilnują też butów w kościołach i zajmują miejsce na autobus rano.

DESSIE – HAYK
Dessie to spore, szybko rozwijające się miasto, były tam najlepsze pastry!!! Wieczorem zbiera się w nich śmietanka etiopska, dziewczyny przychodzą pokazać się w nowej sukience, pary umawiają się na randki.
Polecamy hotel Royal Pension (40 Birr), zaraz za nim jest restauracja Blue Nile z dobrymi zupami i spaghetti.
W Hayk w piątki odbywa się targ, na który schodzą z pobliskich gór ludzie z plemion WORTIA. Mają bardzo osobliwe fryzurki – coś w stylu afro, z wpiętymi z tyłu głowy grzebykami. Bardzo weseli, przyjaźni i lubią taj!!!
W Hayk warto pospacerować nad jeziorem, poobserwować toczące się tam życie i skosztować ryb. Klasztor można sobie podarować (tylko dla mężczyzn, nie pokazali nic ciekawego, a wstęp 30 Birr).

ADDIS ABEBA
Zatrzymywaliśmy się w Wutma Hotel, jak większość turystów. Za pierwszym razem było ok, ale podczas kolejnego noclegu przeżyliśmy inwazję prusaków. Uwaga na telefon – za połączenie do Polski życzą sobie 100 Birr za 3 min. Normalna cena to 63 Birr za 3 minuty. Uważać należy na złodziei, szczególnie na Mercato. Przewodniki nie przesadzają. Tylko refleks Mariusza uratował nas przed kradzieżą. Ja nawet tego nie zauważyłam. Są bardziej szybcy niż może się wydawać.
Proponujemy wycieczkę do Muzeum Etnograficznego mieszczącego się w dawnym pałacu Haile Sellasie (20 Birr wstęp). Można uzupełnić swoją wiedzę „przewodnikową” na temat życia plemion. Jest również kilka eksponatów należących dawniej do Jego Wysokości Haile Sellasie. Udostępnione zwiedzającym są jego sypialnia, łazienka i garderoba.
W Addis można poszaleć kulinarnie. Są wyśmienite kawiarnie z dobrymi ciastkami i sokami. W centrum jest kilka sklepów z europejskimi przysmakami: ser, słodycze itp. Można też pójść na dobre jedzenie arabskie (niedaleko Wutma Hotel) czy pizzę. Wieczorami kwitnie życie towarzyskie i wszystkie bary są pełne.

CO BĘDZIEMY DŁUGO WSPOMINAĆ?
- treking w górach Siemen;
- wizyta w Gishe Abbay;
- wizyta w Omorate i wiosce Galab;
- wioski Konso;
- spacery po bazarach (Key Afar, Tillili);
- kolacja w Jinka (podano kozę i taj);
- wycieczka łodzią po Jez. Chamo (okolice Arba Minch);
- wizyta w wiosce Chencha (bazar, taj);
- spacer nad jeziorem Hayk;
- przejazdy autobusem i dworce w Etiopii;
- przelot z Dessie do Addis 15 - osobowym samolotem;
- kościoły w Lalibeli;
- pastry w Dessie;
- poznani ludzie ... na ulicy, w taj housach, w autobusach itp.